niedziela, 8 lipca 2012

Wróciłem nocnym do domu. Nocne są fajne. Zawsze jest ktoś kto śmierdzi, ktoś kto się drze i ktoś kto śpi. Jechałem w kapeluszu z Malty, skarpetkach z Amsterdamu, koszulce z fajnym dzieckiem z Konina i spodenkach po babci, kto wie skąd. Jechałem przez Warszawę. Jest jak niemowlę. Niemowlęta są podobno rozkoszne. Warszawa też, przeurocza, kochana. Wszystko w niej jest. Jest klub, restauracja, kino. Jest jeden Chińczyk, Japończyk, Wietnamczyk, Mongoł, Koreańczyk, Murzyn, Hindus. Jest wszystko i wszystko jest namiastką tego, co wydaje się, że będzie, tyle że bardziej spektakularne. Bo umówmy się, że doczekamy się China Town, dzielnic murzyńskiej i arabskiej. Będę opowiadał wnukom o tym raczkującym rozwoju Warszawy (lol jakim wnukom). Piękne jest to, że wszyscy pieniacze w końcu wymrą od zżerających ich toksyn, a procesy globalizacji i innych kosmopolityzacji są nieuchronne i w końcu nadejdzie dzień, kiedy nowa generacja Chmielnej będzie grała w Polaka. Wszystkie pijackie rozważania są wzniosłe. Dla przełamania tego tonu proponuję słowo: penis.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz