czwartek, 1 listopada 2012

mamy sklep

Pudermantel
Tak. Ja i Daria mamy sklep. Sprzedaliśmy już JEDNĄ rzecz. Rozkręcamy się. Trochę nam głupio, że nie wymyśliliśmy zawczasu lepszej nazwy, ale trudno. Kupcie sobie coś ładnego.
Tak, to święto. Jestem trochę oburzony. Jeszcze rok temu nie miałem nic przeciwko wyprawie na grobbing z rodziną. Jest to okazja do zauważenia wszystkich prawie-sześćdziesięciolatków z wyżu dotkniętych Heinego-Medina. Można pojeść obwarzanki i pańską skórkę, czyli jezusowy napletek (tak, to stąd ta nazwa. wierzę w to. przecież jak już ucięli, to musieli coś z tym wykombinować. poza tym w milionach kościołów jest taka relikwia, gdyby je zebrać do kupy wyszłoby tak z pół kilometra napletka.). Można ponarzekać, że chryzantemy zdrożały i co oni sobie myślą. Jak ktoś lubi to może się pośmiać z harcerzy. Można pocieszyć się, jak ładnie ktoś pomyślał nad zorganizowaniem transportu miejskiego albo doskonalić sztukę ubliżania rodakom stojąc w korku. A, zapomniałem. Można też pozwolić sobie na chwilę zadumy, ale, proszę o wybaczenie, to chyba najmniej odpowiedni moment w całym roku. No jak inteligentni ludzie mogą do tego stopnia podążać za stadem, żeby nie zauważyć tej średniowiecznej atmosfery, jaka wisi nad potokiem ludzie brudzących sobie nogawki między stoiskami z przepięęęęęknymi wieńcami z plastikowych anturiów. Mama mówi, że chodzi o uczestnictwo we wspólnym święcie i że jest to tradycja i że mam nie narzekać. Ale według mnie minusy są w stanie pokonać ten jeden plus i poczucie obowiązku. Jednodniowa pamięć o przodkach jest uspokajaniem sumienia, a przez swoją masowość bardzo się prymitywizuje. Ja jakbym leżał pod ziemią, czułbym się mocno poniżony tym, że zamiast przyjechać w jakąś sobotę, moje wnuki (jakie wnuki) rozprawiają nad tym, która część rodziny powinna była przyjechać wcześniej tego dnia, żeby umyć mi nagrobek i o boże patrz jaka ta dziewczyna jest gruba. Już bym chyba wolał, żeby przyjechali raz na dwa lata, kiedy poczują potrzebę, albo żeby nie przyjeżdżali wcale, bo byłem chujowym dziadkiem i nie czują potrzeby. Mam wrażenie, że w tym dniu ludzie więcej palą.
Dlaczego nie wolno rozsypywać prochów? Kościół się nie zgadza. Ale nie ma obowiązku chrześcijańskiego pochówku, więc dlaczego niechrześcijańska reszta nie może rozsypać sobie prochów w ogródku albo na jakimś klifie, jakby to robiło różnicę gdzie? Nawet, jeśli nie pozostanie wtedy po denacie śladu i tak będzie to mniej smutne niż trawiaste pagórki z wetkniętą tabliczką 'grób do likwidacji'.
Dobra, umawiamy się tak. W przyszłym roku wybiorę sobie jakiś ładny dzień i sam pojadę na Północny pogawędzić z babcią, a wy jak chcecie możecie realizować koncepcję obowiązku ogólnokrajowej fiesty na grobach wynikającego z przynależności do tego społeczeństwa. Może nie powinienem brać się za taki temat na posta, ale chciałem się z tym rozprawić. Na cmentarzu wyszło mi lepiej, jak się pokłóciłem z mamą, ale ogólny przekaz chyba jest zrozumiały i tutaj. Po prostu mojego sumienia ten dzień nie uspokaja, wręcz mnie dewastuje przez swoje trywializowanie instytucji pamięci i koszmarną, typową obłudę.
Może to wszystko dlatego, ze w tym roku chryzantemy staniały.
Chciałbym być, albo inaczej: gdyby mi ktoś zaproponował, to bym przystał na propozycję zostania jedną z tych osób, które dysponują taką liczbą okryć wierzchnich, że ma sens, jeśli publikują ponad 10 swoich stylizacji w ciągu całej zimy. Czekałem na nią, srogą królową w bling bling kiecce i lodowej tiarze, żeby nosić wszystkie swoje swetry. Nie zdążyłem sobie jeszcze wytłumaczyć, że już przyszła, a na moim wątłym torsie już zdążyła zaistnieć zeszłoroczna puchowa kurtka. Całe życie myślałem, że kiedy jest zimno, wybór jest między odmrożeniem i odpadnięciem tułowia albo wyglądaniem gorzej niż pozująca do zdjęć Małgorzata Potocka, bo z tym się wiążą kurtki puchowe. Aż tu nagle jakaś była modelka-stylistka-swoja własna wyrocznia mody deklaruje gorące uczucie, jakim darzy puchowe elementy garderoby. Zignorowałem to, ale potem regularnie byłem oszołamiany doniesieniami, jakoby różni ludzie faktycznie LUBILI puchowe kurtki. Niewiarygodne. Musiałem się przełamać i dopuścić do siebie przypuszczenie, że może naprawdę jakaś część społeczeństwa nosi te brzydactwa nie tylko dlatego, że marznie. Dobrze, pomyślałem, wobec tego nadszedł czas na wyprawę do Maximusa! albo Fashion House'a! bo poza fantastycznym dizajnem i jedno i drugie oferuje niezapomniane wrażenia estetyczne wywołane spektakularnymi zamysłami architektonicznymi. Mam nadzieję, że wiecie, o czym mówię, bo w trakcie opisu mógłbym się załamać i zrezygnować z wykonywania gwałtownych ruchów, jak dzieje się po każdej mojej wizycie w jednym z tych dwóch miejsc. Dziwne, musi być w tym coś z masochizmu, że kiedy jest mi oferowana wycieczka do Nadarzyna na shopping, mówię 'spoko'. Rok temu, kiedy zapadł idiotyczny wyrok na moją zimową stylóweczkę, moją Syberią okazał się Fashion House. Pojechałem i kupiłem bardzo brzydką kurtkę, którą w tym roku też będę nosił, bo uważam to za dobry sposób ćwiczenia charakteru. To, że ją noszę jest ciekawym zjawiskiem, ale to, że ją kupiłem, jest już niepokojące. Ale kiedy się nad tym zastanawiam (stale), zwyczajnie nie miałem wyboru. Moja puchowa kurtka jest brzydka, bo jest puchową kurtką, a nie dlatego, że w swojej rodzinie wyróżnia się na niekorzyść. Przynajmniej podszewka jest milutka i futerkowata. Wybrałem mniejsze zło poprzez odrzucanie jeszcze fatalniejszych pozycji. Przekopałem ASOSa i sieciówki. Odmówiłem sobie kamizelek ze skórzanymi wstawkami, bo stwierdziłem, że skoro jest tak zimno, że zakładam coś puchowego, niechże chociaż ma rękawy. Ciężko odchorowałem gigantyczne nagromadzenie kurtek na SNOWBOARD, NARTY I INNE FAJOWE SPORTY ZIMOWE, Z KTÓRYMI MAM SAME DOBRE SKOJARZENIA. Byłem w życiu na jednym obozie zimowym i jednej białej szkole (?). Kilkakrotnie wyjeżdżałem z rodzicami. Mam mnóstwo miłych wspomnień, ale żadne nie wiąże się nijak ze sportem, a moim ulubionym i Bogu dzięki nieuchronnym momentem każdego dnia było wyswobadzanie sinych kończyn z tych strasznych butów. Zakładałem normalne obuwie i robiło mi się przyjemnie, jak tylko wracało mi czucie. Z innych wspomnień to dwa litry moczu w butelce jako prezent STARSZYCH CHŁOPAKÓW dla naszego pokoju. Szczyny postawione koło okna rozwarstwiają się i na dnie pojawia się sperma wydalona z organizmu razem z moczem zamiast na drodze polucji. Tak więc tak, tego. Pamiętam też, że zapchaliśmy kibel i wszystko się wylało, a potem zapchaliśmy też prysznic tym, co się wylało nanana. Poza tym to głównie parowały mi okulary pod goglami i wyczekiwałem aż skończy mi się karnet. Niech o tym, jaki mam stosunek do sportów zimowych świadczy, że napisałem opowiadanie do gazetki szkolnej w podstawówce, w którym porównałem wyciąg do pozaziemskiej siły ciągnącej otumanione dzieci na pewną zgubę. A kto z was ma tę białą kurtkę w czarno-czerwone wzorki? Nie zainteresowałem się, jaka to marka, ale pewnie na sam dźwięk jej nazwy poczuję zapach gumy typowy dla każdego sklepu sportowego, a wolę tego uniknąć. W każdym razie, zaczął się ten sezon, kiedy codziennie widzę kogoś w tej kurtce. Oczywiście statystyki mogą się zmienić, bo szczyt niezrozumiałej dla mnie popularności tego modelu przypada na dwie zimy wstecz. To by mógł być bardzo długi post, ale ja zrobię z niego dla jaja dwa.Wstawię je jeden po drugim, chociaż to zupełnie wbrew strategii, którą, jak sobie wyobrażam, powinienem mieć. W trakcie pisania powyższego zapomniałem, co chciałem przekazać, więc po prostu stukałem w klawiaturę mechanicznie i bezmyślnie, jak pan w Saharze robi kebaby o trzeciej w nocy, w dniu wszystkich świętych. zmarłych.

środa, 19 września 2012

Założyłem sztruksową koszulę. Sztruks kojarzy mi się z samymi pięknymi rzeczami. Tym, że się wyciera i w lumpeksach sprzedają mnóstwo dziurawych spodni. Z tym, że w podstawówce miałem sztruksy i taki megalamus, z którym nigdy nie chciałem być porównywany, zakrzyknął 'Jak ja lubię sztruksy!'. Z tym, że nauczyciel, z którego współpracy ze mną wynikła dla mnie poprawka z matematyki, nosił sztruksową marynarkę, kiedy ja bezskutecznie pociłem się nad zadaniem. A jednak założyłem wspomnianą koszulę, w dodatku po raz drugi. Nie jest moja, jest mamy, jak dwie torby, które noszę i martwy lis z Moskwy, który linieje. Za pierwszym razem 5 osób powiedziało mi, że ładnie wyglądam, a jedna że pięknie. To dlatego, że wcześniej zrobiłem sobie w lustrze dwa zdjęcia: z koszulą wyłożoną i w spodniach. Powysyłałem je dla porównania różnym koleżankom i zapadła decyzja o włożeniu w spodnie. Od tamtej pory Daria widzi mnie zawsze kowbojem. Po udanym debiucie, po roku przyszła pora na powtórkę. I już nikt mi nie powiedział, że wyglądam ładnie. Trzykrotnie spodobał się mój pasek z klamrą jak rama obrazu. Raz usłyszałem 'ale fatalna koszula'. Dlatego teraz już tylko czekam na okazję, żeby przebrać się za kowboja i po imprezie oddać koszulę mamie.
Aktualizacja! Już wiem o co chodzi. to wszystko dlatego, że miałem pod spodem obrzydliwy biały tank top.

środa, 18 lipca 2012

Męski i seksowny pan policjant czy ktośtam obudził mnie, bo zajechałem za daleko. Zrobiłem siku możliwie blisko przystanku i poczułem się dumny, że jestem Polakiem i mam w sobie na tyle dużo żółci, że pokazałem środkowy palec wszystkim jadącym dalej, a byłem w swoim ładnym swetrze w borsuki, jeże i zające. Pisanie tego jest równie trudne jak zagranie 'wlazł kotek na płotek', którego podejmowałem się chwilę wcześniej wielokrotnie. Prawie zemdlałem, ale nie wsiadłem do autobusu, bo nie zdążyłem dopalić swojego papierosa. Ta kobieta to jednak nie była sąsiadka, która mogłaby donieść moim rodzicom, że palę. Pomachałem kierowcy i karetce, a podróż do domu była tym trudniejsza, że patrzyłem w ziemię, bo słońce świeciło mi w twarz i musiałem wymijać uczciwych obywateli zmierzających do pracy. Spróbowałem zgasić papierosa stopą, ale nie wyszło, bo nie trafiłem. Wpisanie kodu nastręczyło mi wiele trudności, ale zakończyło się  sukcesem. Gra mi w głowie Jennifer Lopez. Specjalnie nie skakałem na trampolinie, żeby być w  stanie pojechać do Włoch. No dobra, skakałem, aż zrobiłem się mokry jak zaraz wymyślę co. Teraz pójdę spać, ale wcale nie uda mi się zasnąć. Problem jest taki, że muszę przełykać cofającą się treść żołądka, ale nie pierwszy raz, więc powinienem dać radę. Wybrałem jeden z trzech kubków stojących pośród formacji tworzących całokształt mojego biurka, a tatę bardzo bawi, że kładę się, kiedy oni wstają. Mnie bawi, że muszę przechodzić ponad moim psem jakby to był wyrzucony na plażę wieloryb.W radiu powiedzieli, że ceny mieszkań rosną.

zrobię jakiś ranking

  1. standardowo Mary-Kate i Ashley Olsen
  2. Ulyana Sergeenko
  3. Daphne Guinness
  4. Victoria Beckham.
I jest :)

niedziela, 8 lipca 2012

Wróciłem nocnym do domu. Nocne są fajne. Zawsze jest ktoś kto śmierdzi, ktoś kto się drze i ktoś kto śpi. Jechałem w kapeluszu z Malty, skarpetkach z Amsterdamu, koszulce z fajnym dzieckiem z Konina i spodenkach po babci, kto wie skąd. Jechałem przez Warszawę. Jest jak niemowlę. Niemowlęta są podobno rozkoszne. Warszawa też, przeurocza, kochana. Wszystko w niej jest. Jest klub, restauracja, kino. Jest jeden Chińczyk, Japończyk, Wietnamczyk, Mongoł, Koreańczyk, Murzyn, Hindus. Jest wszystko i wszystko jest namiastką tego, co wydaje się, że będzie, tyle że bardziej spektakularne. Bo umówmy się, że doczekamy się China Town, dzielnic murzyńskiej i arabskiej. Będę opowiadał wnukom o tym raczkującym rozwoju Warszawy (lol jakim wnukom). Piękne jest to, że wszyscy pieniacze w końcu wymrą od zżerających ich toksyn, a procesy globalizacji i innych kosmopolityzacji są nieuchronne i w końcu nadejdzie dzień, kiedy nowa generacja Chmielnej będzie grała w Polaka. Wszystkie pijackie rozważania są wzniosłe. Dla przełamania tego tonu proponuję słowo: penis.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Mam jutro dwa sprawdziany z francuskiego. Nie jeden. Dwa. Muszę się pouczyć. Toteż wszedłem i piszę. To chyba i tak całkiem dobre rozwiązanie, skoro alternatywą było wyobrażanie sobie, jakbym zrealizował projekt komiksu, w którym puszka idzie supermarketem, widzi paczkę cukierków z napisem "candies" i z przestrachem rzuca koszyk i ucieka, bo w końcu przeczytała "can - dies". Lololo śmieszne jak ten pstrąg w galarecie, co go dzisiaj jadłem z kartoflem i blanszowanym szpinakiem w masełku ślimakowym. Cały dzień strawiłem na spotkaniach pozornie towarzyskich, które w gruncie rzeczy były motywowane intensywnie zarysowanym biznesem. Otóż dysponuję worem. Ja i rodzina opróżniamy dom na Sadybie (może ktoś chce kupić?) i przydatne okazują się worki na śmieci. Takie 150 litrowe czy jaki tam one mają rozmiar, nigdy nie poświęcałem temu uwagi. Mogę się pomylić w obliczeniach, ale na moje to 4 czy 5 pełnych poszło do PCK, drugie tyle na wieś, a 3 do mnie. A we wszystkich było to samo: ubrania, więc układ idealny, mam zajęcie jakie uwielbiam, mianowicie mam za zadanie rozdystrybuować te ciuchy, które sam uprzednio poddałem selekcji. W tym pięknym dniu, kiedy niebo było szare, a ludzie smutni, co nie jest niczym nowym, zgłosiły się do mnie aż cztery osoby. W końcu sam je zaprosiłem do wydarzenia na facebooku "Have you ever been fisted?", który to tytuł tylko mnie bawi. Jutro czeka mnie kolejna wizyta, a potem następne, tymczasem ja skrupulatnie zapisuję sobie, co oddaję. Jest to praca bardzo przyjemna, porównywalna do spisywania moich ubrań, o którym gdzieś tutaj wspominałem, ale zaprezentowanie jej efektów, choć nieuchronne, nie będzie miało miejsca dzisiaj, bo jednak w zarywaniu nocy nie jestem dobry, a pod koniec semestru trzeba cisnąć. Inni z mojego rocznika mają SZKOŁĘ za sobą, mnie czeka jeszcze rok. I fajnie. Przeraża mnie myślenie o wszystkim, co ostatnie. Ostatni sprawdzian z chemii kojarzy mi się ze starością i rychłą śmiercią, nie beztroską, chociaż jeśli kiedykolwiek byłem z chemii orłem, to tylko pikującym w dół, ewentualnie aparycyjnie. Bardzo ładnie się ubierałem na zaliczanie roku. Oczywiście, że to wszystko nie jest warte opisywania, po prostu książki wcale mnie nie kuszą. A tyle pięknych ubrań mam do opisania, może nawet je sfotografuję.
Nieee.
O co chodzi?

sobota, 2 czerwca 2012

Skoro i tak nie ma mowy o spaniu,  a ja się tak rozkręciłem łohoho, wyleję tu swoją frustrację.W końcu od tego są blogi. Mam pytanie: dlaczego ludzie są tacy szpetni? Byłem w Amsterdamie i tam nie są ani trochę szpetni. Tam utożsamiają kulturę osobistą ze schludnym wyglądem. Poświęcają kilka chwil z rana temu, w co się ubierają. Kiedy poświęcają więcej czasu, niż kilka chwil, wyglądają bosko. W Polsce, to może przez ten klimat i długie noce, ludzie otwierają oczy po raz pierwszy, kiedy od dawna znajdują się na ulicy między współmęczennikami. Widzą kogoś, kto wysilił się, żeby wyglądać dobrze i myślą sobie: o, pawie piórka, myśli że co, Jacyków he he. Tak sobie myślą. Dlatego poprzeczka się obniża, połączenie szarego z beżem uchodzi za zestaw kolorowy, marynarka jest zarezerwowana na wielkie wyjścia. A ja się na to nie zgadzam. Uważam, że robię dobry uczynek wyglądając dobrze. Dzięki mnie ten fragment szarej (kochanej) Warszawy, w którym akurat sobie oddycham, jest ładniejszy, bo ja jestem ładny. Polecam, świetna rozrywka takie wyglądanie. W Amsterdamie to wiedzą.
Pomyślałem, że jak robię dobry uczynek a potem sobie narzekam, wychodzi na zero. Dlatego teraz dla odmiany, powiem coś pozytywnego. Było mi dzisiaj smutno i kiedy przejrzałem wszystkie strony z ubraniami, na które mnie nie stać, udałem się na poszukiwanie nowych kompleksów, dla których zawsze znajdzie się miejsce w moim gościnnym, cieplutkim rozumku. Więc lookbook. Oglądam sobie, scroll scroll, płaczę, aż patrzę: zakładka top, a tam kategoria TOP WSZECHCZASÓW. I dlaczego nikt mi nie powiedział, że Polka jest tam druga? Juliette Kuczyńska proszę bardzo. 6653 hajpy. Jedenasta jest stylizacja warszawskiej blogerki/projektantki Natalie G. 26 - Kasia Gorol, a potem mnóstwo Juliette, znowu Kasia i tak dalej. Zielasko nie znalazłem, ale ona jest z Krakowa heee. To wszystko chyba całkiem dobry wynik? Przy okazji pokusiłem się o refleksję, że nawet nie chciałbym znaleźć się w tym gronie, za duża presja. Na szczęście nigdy mi to nie groziło.
Ale jeszcze wracając do poprzedniego, nie rozumiem tej ignorancji. Ludzie mają gęby pełne frazesów, kokietują, że są tacy beznadziejni, jednocześnie belka w oku źdźbło te sprawy, w serduszku mają się za wzór cnót i sukcesu, więc skąd pomysł, że moda i dbanie o siebie już ich nie dotyczy? Przecież ignorancja w tym kierunku to ewidentny dowód braku ogłady, twoje cielsko i to, w co je przyobleczesz to twoja wizytówka. Tak jak morda, ale z nią to czasami nie pogadasz. I teraz pojawia się kwestia: gdyby to chociaż było trudne. Nie jest! Nie w momencie, kiedy nawet ktoś niezainteresowany, kiedy je sobie na śniadanie coś tuczącego i ogląda jednym okiem telewizję, jest skazany na Mercedes rozprawiającą o swojej działalności. Przecież w każdym Cosmopolitanie (jakie to straszne, w jakim stopniu kobieta, chociaż jest adresatem tego pisma, jest w nim uprzedmiotowiona. nie będzie równouprawnienia w sferze obyczajowej, dopóki istnieje Cosmo. nawet Anja Rubik powiedziała "przestań czytać Cosmo. Twoim zadaniem jest zadowolić siebie".) są praktyczne rady, wiedza w pigułce, jak się ubrać. Wystarczy bezmyślnie przestrzegać tych zaleceń. No dobra, niektóre są słabe, ale są też inne źródła. To nie pieniądze są tu potrzebne, tylko świadomość, że na ciebie też patrzą kiedy człapiesz wzdłuż pasażu. Moja rada, to wybrać sobie jakiś styl. To słaba rada, bo styl się zmienia i te sprawy, poza tym skoro nie wychodzi ci wyglądanie dobrze, najprawdopodobniej nie masz stylu. Ponadto, styl narzucony na siłę to coś najgorszego na świecie, nie wyglądasz autentycznie - nie wyglądasz dobrze. Ale adresuję swoje złote myśli do jakiejś laski, która po prostu się boi, że nie podoła takiemu wyzwaniu jak "nie zakładam tego, co jest na szczycie kupki ubrań, które dała mi mama, bo dostała od koleżanki, której córka już z nich wyrosła, tylko poddaję refleksji to, co zakładam". Proponuję coś banalnego, czyli styl rockowy. Ostra laska. Żerowanie na tym nurcie jest w stanie zaspokoić całe tysiące blogerek i fashionistek. One zapewne idą krok dalej, bo włączają kreatywność, moja przykładowa, zagubiona laska nie musi. Potrzebuje tylko dużo czarnych rzeczy. Rurki, ledżiny, mokre ledżiny, szorty, tyle w kwestii dołu. T-shirt że niby mam chłopaka i pożyczam jego ubrania, skórzana kórtka, tank top, wyćwiekowana marynarka, tyle w kwestii góry. Makijaż i włosy obojętnie, dużo biżuterii, biker boots na każdą pogodę. KONIEC. Wspomniana kreatywność to na przykład kapelusz. Coś w panterkę. Zostały ci pieniądze z komunii - kup sobie Campbelle. Zresztą rany, o co chodzi. Przecież nie wierzę, że trzeba się wysilić, żeby dobrze wyglądać. Wystarczy pójść do TopshopuH&MuZary, albo nawet nie iść, tylko kliknąć w te linki. A tam nie, nie kupować, tylko patrzeć i zapamiętywać. I z tym iść na lumpeksy. Polecam Puławską albo maraton po Kabatach, od Szmizjerki po odzież angielską, potem lumpeks przy 24h na Natolinie, Kantonia na Imielinie, lumpeks przy kościele na Stokłosach. Co to za wyzwanie kupić koronkową, rozkloszowaną sukienkę w pastelowych kolorach. Ale ją akurat kup. Co to za wyzwanie wyszperać duży sweter albo koszulę flanelową ojca i nosić ją zawiązaną w supeł w okolicy pępka, z podwiniętymi rękawami. Jaki jest tego koszt. Żaaaadeeeeen, żaaaadneeee. Dlatego, gwoli podsumowania, nie rozumiem. Proszę. Dlaczego ludzie są tacy szpetni?
W radiu Nosowska, jak spadałem z roweru wy pewnie przeżywaliście nowy teledysk Brodki o Warszawie.
Postanowiłem, że zamieszczę tu zdjęcie swojej stylóweczki. Co mi tam. Nie uważam tego za przełom, przecież na jednym outficie się skończy. Po prostu siedziałem sobie dzisiaj caaaały dzień (od 16) w domu i odrzucałem wszystkie propozycje pospędzania czasu z kimś. Odebrałem telefon od laski, która na przemian przepraszała, wyznawała mi miłość i wymieniała, co zrobiła z tym chłopakiem, że musi przepraszać. Sprytnie uniknąłem fali hejtu, która zmyłaby mnie ze słonecznej plaży błogostanu, zupełnie pozornego wobec nawału pracy, jaką powinienem wykonać. Ostatecznie wyszedłem z psem i już miałem się kłaść spać, kiedy zauważyłem że komputer nie jest wyłączony. Skoro bez sensu pochłaniał prąd podczas mojego trzydniowego pobytu na Suwalszczyźnie, kilka minut więcej świata nie zbawi. Jako że przeprowadziłem już ze sobą wywiad w DDTVN jako ze sławnym blogerem (inspiracja), mogę też podziałać w kwestii samego bloga. Zwłaszcza, że czytuję ostatnio The wearability absolwentki mojej szkoły i wydaje mi się, że nie byłbym dużo gorszy, chociaż naturalnie na pierwsze zaproszenie do pierwszego rzędu jakiegokolwiek pokazu wciąż czekam - przeglądając Style.com. No to postanowiłem: zdjęcie stylóweczki. Wiem nawet jakiej, w jakiej scenerii i kiedy. Dzisiaj rano. A jest noc. Kurczę, co teraz. Nie będzie zdjęcia. Będzie opis. Tada!
Za chwilę.
Prowadzenie bloga utrudnia mi pewien nieskomplikowany proces, z którym mam przyjemność się zmagać od kołyski. Polega on na niechęci, która budzi się we mnie wobec wszystkiego, co tworzę, średnio dwa tygodnie od momentu ukończenia tworu. W ramach terapii, wcześniejszych postów na wszelki wypadek nie czytam, żeby ich nie pousuwać.
A oto i opis stylóweczki z całą otoczką:
Byłem nad jeziorem Wigry. Pojechałem tylko na trzy dni, więc zupełnie wystarczyła mi piękna retro walizka, z którą moja mama podróżowała jako studentka. Poza praktycznymi (hehe super) ubrankami do kajaków i na rower, upchnąłem w kącik również stylizację na imprezą, na którą miałem iść prosto z autokaru. Wycieczka skończyła się wcześniej, niż przewidywano, dlatego w warszawie mogłem jeszcze zahaczyć o dom i zaopatrzyć się w prezent na dzień dziecka. Mogłem się przebrać, ale wierny wcześniejszej wizji pozostałem przy tym, co spakowałem. Wszystko na siebie pozakładałem, podmalowałem pysk i poszedłem.
Następnego dnia około 16 to był ten moment, w którym powinienem był kazać się sfotografować. Opuściwszy Sarę poszedłem z Renią i Amidalą na Dni Ursynowa, gdzie informatycy grający metal, pusta widownia i chleb ze smalcem na bungee utrwaliły się w mojej wyobraźni jako tło do zdjęcia, które nie powstało. Prezentowałem się następująco (dopiero teraz zaczyna się opis): byłem skacowany, zgarbiony i zmarznięty. Nie miałem torby ze wszystkimi dokumentami i kluczami, bo zostawiłem w lokalu, który zarzygałem, nie miałem czapki, bo zostawiłem ją w rękawie kurtki, którą zostawiłem u Sary. Miałem za to najwęższe ze wszystkich rurek, czarne, które podkreślały to, nad czym Renia ubolewała: mój jedyny atut - chude nogi. Miałem za małe, zimowe buty po kuzynie, które wybrałem, bo mają futerko, a rano odkryłem że jak nie przewlekam sznurowadeł przez szlufki, to te sympatycznie podzwaniają przy każdym kroku. Miałem wielokolorowy sweter, który poleciła mi Daria podczas wspólnych zakupów w Kantonii, uszyty w taki pocieszny, oryginalny sposób, którego nie umiem opisać. Miałem dżinsową kamizelkę przerobioną z kurtki z lumpeksu na Puławskiej. Miałem też trololo maskę w formie brokatowego motylka na czole, która zasłaniała naganną grzywkę i ściągała na mnie powszechną uwagę w tym dniu, w którym raz w roku dresy wychodzą z domów za dnia. Karolina zrobiła ją przy użycia lakieru Yves Saint Laurent, a jakże. Do zdjęcia wygiąłbym górną wargę i wciągnął policzki, podkurczył ramiona i ustawił nogi w pigeon pose. I gotowe wstawiłbym tutaj.
Mój tumblr: Japok