środa, 20 czerwca 2012
poniedziałek, 4 czerwca 2012
Mam jutro dwa sprawdziany z francuskiego. Nie jeden. Dwa. Muszę się pouczyć. Toteż wszedłem i piszę. To chyba i tak całkiem dobre rozwiązanie, skoro alternatywą było wyobrażanie sobie, jakbym zrealizował projekt komiksu, w którym puszka idzie supermarketem, widzi paczkę cukierków z napisem "candies" i z przestrachem rzuca koszyk i ucieka, bo w końcu przeczytała "can - dies". Lololo śmieszne jak ten pstrąg w galarecie, co go dzisiaj jadłem z kartoflem i blanszowanym szpinakiem w masełku ślimakowym. Cały dzień strawiłem na spotkaniach pozornie towarzyskich, które w gruncie rzeczy były motywowane intensywnie zarysowanym biznesem. Otóż dysponuję worem. Ja i rodzina opróżniamy dom na Sadybie (może ktoś chce kupić?) i przydatne okazują się worki na śmieci. Takie 150 litrowe czy jaki tam one mają rozmiar, nigdy nie poświęcałem temu uwagi. Mogę się pomylić w obliczeniach, ale na moje to 4 czy 5 pełnych poszło do PCK, drugie tyle na wieś, a 3 do mnie. A we wszystkich było to samo: ubrania, więc układ idealny, mam zajęcie jakie uwielbiam, mianowicie mam za zadanie rozdystrybuować te ciuchy, które sam uprzednio poddałem selekcji. W tym pięknym dniu, kiedy niebo było szare, a ludzie smutni, co nie jest niczym nowym, zgłosiły się do mnie aż cztery osoby. W końcu sam je zaprosiłem do wydarzenia na facebooku "Have you ever been fisted?", który to tytuł tylko mnie bawi. Jutro czeka mnie kolejna wizyta, a potem następne, tymczasem ja skrupulatnie zapisuję sobie, co oddaję. Jest to praca bardzo przyjemna, porównywalna do spisywania moich ubrań, o którym gdzieś tutaj wspominałem, ale zaprezentowanie jej efektów, choć nieuchronne, nie będzie miało miejsca dzisiaj, bo jednak w zarywaniu nocy nie jestem dobry, a pod koniec semestru trzeba cisnąć. Inni z mojego rocznika mają SZKOŁĘ za sobą, mnie czeka jeszcze rok. I fajnie. Przeraża mnie myślenie o wszystkim, co ostatnie. Ostatni sprawdzian z chemii kojarzy mi się ze starością i rychłą śmiercią, nie beztroską, chociaż jeśli kiedykolwiek byłem z chemii orłem, to tylko pikującym w dół, ewentualnie aparycyjnie. Bardzo ładnie się ubierałem na zaliczanie roku. Oczywiście, że to wszystko nie jest warte opisywania, po prostu książki wcale mnie nie kuszą. A tyle pięknych ubrań mam do opisania, może nawet je sfotografuję.
Nieee.
O co chodzi?
Nieee.
O co chodzi?
sobota, 2 czerwca 2012
Skoro i tak nie ma mowy o spaniu, a ja się tak rozkręciłem łohoho, wyleję tu swoją frustrację.W końcu od tego są blogi. Mam pytanie: dlaczego ludzie są tacy szpetni? Byłem w Amsterdamie i tam nie są ani trochę szpetni. Tam utożsamiają kulturę osobistą ze schludnym wyglądem. Poświęcają kilka chwil z rana temu, w co się ubierają. Kiedy poświęcają więcej czasu, niż kilka chwil, wyglądają bosko. W Polsce, to może przez ten klimat i długie noce, ludzie otwierają oczy po raz pierwszy, kiedy od dawna znajdują się na ulicy między współmęczennikami. Widzą kogoś, kto wysilił się, żeby wyglądać dobrze i myślą sobie: o, pawie piórka, myśli że co, Jacyków he he. Tak sobie myślą. Dlatego poprzeczka się obniża, połączenie szarego z beżem uchodzi za zestaw kolorowy, marynarka jest zarezerwowana na wielkie wyjścia. A ja się na to nie zgadzam. Uważam, że robię dobry uczynek wyglądając dobrze. Dzięki mnie ten fragment szarej (kochanej) Warszawy, w którym akurat sobie oddycham, jest ładniejszy, bo ja jestem ładny. Polecam, świetna rozrywka takie wyglądanie. W Amsterdamie to wiedzą.
Pomyślałem, że jak robię dobry uczynek a potem sobie narzekam, wychodzi na zero. Dlatego teraz dla odmiany, powiem coś pozytywnego. Było mi dzisiaj smutno i kiedy przejrzałem wszystkie strony z ubraniami, na które mnie nie stać, udałem się na poszukiwanie nowych kompleksów, dla których zawsze znajdzie się miejsce w moim gościnnym, cieplutkim rozumku. Więc lookbook. Oglądam sobie, scroll scroll, płaczę, aż patrzę: zakładka top, a tam kategoria TOP WSZECHCZASÓW. I dlaczego nikt mi nie powiedział, że Polka jest tam druga? Juliette Kuczyńska proszę bardzo. 6653 hajpy. Jedenasta jest stylizacja warszawskiej blogerki/projektantki Natalie G. 26 - Kasia Gorol, a potem mnóstwo Juliette, znowu Kasia i tak dalej. Zielasko nie znalazłem, ale ona jest z Krakowa heee. To wszystko chyba całkiem dobry wynik? Przy okazji pokusiłem się o refleksję, że nawet nie chciałbym znaleźć się w tym gronie, za duża presja. Na szczęście nigdy mi to nie groziło.
Ale jeszcze wracając do poprzedniego, nie rozumiem tej ignorancji. Ludzie mają gęby pełne frazesów, kokietują, że są tacy beznadziejni, jednocześnie belka w oku źdźbło te sprawy, w serduszku mają się za wzór cnót i sukcesu, więc skąd pomysł, że moda i dbanie o siebie już ich nie dotyczy? Przecież ignorancja w tym kierunku to ewidentny dowód braku ogłady, twoje cielsko i to, w co je przyobleczesz to twoja wizytówka. Tak jak morda, ale z nią to czasami nie pogadasz. I teraz pojawia się kwestia: gdyby to chociaż było trudne. Nie jest! Nie w momencie, kiedy nawet ktoś niezainteresowany, kiedy je sobie na śniadanie coś tuczącego i ogląda jednym okiem telewizję, jest skazany na Mercedes rozprawiającą o swojej działalności. Przecież w każdym Cosmopolitanie (jakie to straszne, w jakim stopniu kobieta, chociaż jest adresatem tego pisma, jest w nim uprzedmiotowiona. nie będzie równouprawnienia w sferze obyczajowej, dopóki istnieje Cosmo. nawet Anja Rubik powiedziała "przestań czytać Cosmo. Twoim zadaniem jest zadowolić siebie".) są praktyczne rady, wiedza w pigułce, jak się ubrać. Wystarczy bezmyślnie przestrzegać tych zaleceń. No dobra, niektóre są słabe, ale są też inne źródła. To nie pieniądze są tu potrzebne, tylko świadomość, że na ciebie też patrzą kiedy człapiesz wzdłuż pasażu. Moja rada, to wybrać sobie jakiś styl. To słaba rada, bo styl się zmienia i te sprawy, poza tym skoro nie wychodzi ci wyglądanie dobrze, najprawdopodobniej nie masz stylu. Ponadto, styl narzucony na siłę to coś najgorszego na świecie, nie wyglądasz autentycznie - nie wyglądasz dobrze. Ale adresuję swoje złote myśli do jakiejś laski, która po prostu się boi, że nie podoła takiemu wyzwaniu jak "nie zakładam tego, co jest na szczycie kupki ubrań, które dała mi mama, bo dostała od koleżanki, której córka już z nich wyrosła, tylko poddaję refleksji to, co zakładam". Proponuję coś banalnego, czyli styl rockowy. Ostra laska. Żerowanie na tym nurcie jest w stanie zaspokoić całe tysiące blogerek i fashionistek. One zapewne idą krok dalej, bo włączają kreatywność, moja przykładowa, zagubiona laska nie musi. Potrzebuje tylko dużo czarnych rzeczy. Rurki, ledżiny, mokre ledżiny, szorty, tyle w kwestii dołu. T-shirt że niby mam chłopaka i pożyczam jego ubrania, skórzana kórtka, tank top, wyćwiekowana marynarka, tyle w kwestii góry. Makijaż i włosy obojętnie, dużo biżuterii, biker boots na każdą pogodę. KONIEC. Wspomniana kreatywność to na przykład kapelusz. Coś w panterkę. Zostały ci pieniądze z komunii - kup sobie Campbelle. Zresztą rany, o co chodzi. Przecież nie wierzę, że trzeba się wysilić, żeby dobrze wyglądać. Wystarczy pójść do Topshopu, H&Mu, Zary, albo nawet nie iść, tylko kliknąć w te linki. A tam nie, nie kupować, tylko patrzeć i zapamiętywać. I z tym iść na lumpeksy. Polecam Puławską albo maraton po Kabatach, od Szmizjerki po odzież angielską, potem lumpeks przy 24h na Natolinie, Kantonia na Imielinie, lumpeks przy kościele na Stokłosach. Co to za wyzwanie kupić koronkową, rozkloszowaną sukienkę w pastelowych kolorach. Ale ją akurat kup. Co to za wyzwanie wyszperać duży sweter albo koszulę flanelową ojca i nosić ją zawiązaną w supeł w okolicy pępka, z podwiniętymi rękawami. Jaki jest tego koszt. Żaaaadeeeeen, żaaaadneeee. Dlatego, gwoli podsumowania, nie rozumiem. Proszę. Dlaczego ludzie są tacy szpetni?
W radiu Nosowska, jak spadałem z roweru wy pewnie przeżywaliście nowy teledysk Brodki o Warszawie.
Pomyślałem, że jak robię dobry uczynek a potem sobie narzekam, wychodzi na zero. Dlatego teraz dla odmiany, powiem coś pozytywnego. Było mi dzisiaj smutno i kiedy przejrzałem wszystkie strony z ubraniami, na które mnie nie stać, udałem się na poszukiwanie nowych kompleksów, dla których zawsze znajdzie się miejsce w moim gościnnym, cieplutkim rozumku. Więc lookbook. Oglądam sobie, scroll scroll, płaczę, aż patrzę: zakładka top, a tam kategoria TOP WSZECHCZASÓW. I dlaczego nikt mi nie powiedział, że Polka jest tam druga? Juliette Kuczyńska proszę bardzo. 6653 hajpy. Jedenasta jest stylizacja warszawskiej blogerki/projektantki Natalie G. 26 - Kasia Gorol, a potem mnóstwo Juliette, znowu Kasia i tak dalej. Zielasko nie znalazłem, ale ona jest z Krakowa heee. To wszystko chyba całkiem dobry wynik? Przy okazji pokusiłem się o refleksję, że nawet nie chciałbym znaleźć się w tym gronie, za duża presja. Na szczęście nigdy mi to nie groziło.
Ale jeszcze wracając do poprzedniego, nie rozumiem tej ignorancji. Ludzie mają gęby pełne frazesów, kokietują, że są tacy beznadziejni, jednocześnie belka w oku źdźbło te sprawy, w serduszku mają się za wzór cnót i sukcesu, więc skąd pomysł, że moda i dbanie o siebie już ich nie dotyczy? Przecież ignorancja w tym kierunku to ewidentny dowód braku ogłady, twoje cielsko i to, w co je przyobleczesz to twoja wizytówka. Tak jak morda, ale z nią to czasami nie pogadasz. I teraz pojawia się kwestia: gdyby to chociaż było trudne. Nie jest! Nie w momencie, kiedy nawet ktoś niezainteresowany, kiedy je sobie na śniadanie coś tuczącego i ogląda jednym okiem telewizję, jest skazany na Mercedes rozprawiającą o swojej działalności. Przecież w każdym Cosmopolitanie (jakie to straszne, w jakim stopniu kobieta, chociaż jest adresatem tego pisma, jest w nim uprzedmiotowiona. nie będzie równouprawnienia w sferze obyczajowej, dopóki istnieje Cosmo. nawet Anja Rubik powiedziała "przestań czytać Cosmo. Twoim zadaniem jest zadowolić siebie".) są praktyczne rady, wiedza w pigułce, jak się ubrać. Wystarczy bezmyślnie przestrzegać tych zaleceń. No dobra, niektóre są słabe, ale są też inne źródła. To nie pieniądze są tu potrzebne, tylko świadomość, że na ciebie też patrzą kiedy człapiesz wzdłuż pasażu. Moja rada, to wybrać sobie jakiś styl. To słaba rada, bo styl się zmienia i te sprawy, poza tym skoro nie wychodzi ci wyglądanie dobrze, najprawdopodobniej nie masz stylu. Ponadto, styl narzucony na siłę to coś najgorszego na świecie, nie wyglądasz autentycznie - nie wyglądasz dobrze. Ale adresuję swoje złote myśli do jakiejś laski, która po prostu się boi, że nie podoła takiemu wyzwaniu jak "nie zakładam tego, co jest na szczycie kupki ubrań, które dała mi mama, bo dostała od koleżanki, której córka już z nich wyrosła, tylko poddaję refleksji to, co zakładam". Proponuję coś banalnego, czyli styl rockowy. Ostra laska. Żerowanie na tym nurcie jest w stanie zaspokoić całe tysiące blogerek i fashionistek. One zapewne idą krok dalej, bo włączają kreatywność, moja przykładowa, zagubiona laska nie musi. Potrzebuje tylko dużo czarnych rzeczy. Rurki, ledżiny, mokre ledżiny, szorty, tyle w kwestii dołu. T-shirt że niby mam chłopaka i pożyczam jego ubrania, skórzana kórtka, tank top, wyćwiekowana marynarka, tyle w kwestii góry. Makijaż i włosy obojętnie, dużo biżuterii, biker boots na każdą pogodę. KONIEC. Wspomniana kreatywność to na przykład kapelusz. Coś w panterkę. Zostały ci pieniądze z komunii - kup sobie Campbelle. Zresztą rany, o co chodzi. Przecież nie wierzę, że trzeba się wysilić, żeby dobrze wyglądać. Wystarczy pójść do Topshopu, H&Mu, Zary, albo nawet nie iść, tylko kliknąć w te linki. A tam nie, nie kupować, tylko patrzeć i zapamiętywać. I z tym iść na lumpeksy. Polecam Puławską albo maraton po Kabatach, od Szmizjerki po odzież angielską, potem lumpeks przy 24h na Natolinie, Kantonia na Imielinie, lumpeks przy kościele na Stokłosach. Co to za wyzwanie kupić koronkową, rozkloszowaną sukienkę w pastelowych kolorach. Ale ją akurat kup. Co to za wyzwanie wyszperać duży sweter albo koszulę flanelową ojca i nosić ją zawiązaną w supeł w okolicy pępka, z podwiniętymi rękawami. Jaki jest tego koszt. Żaaaadeeeeen, żaaaadneeee. Dlatego, gwoli podsumowania, nie rozumiem. Proszę. Dlaczego ludzie są tacy szpetni?
W radiu Nosowska, jak spadałem z roweru wy pewnie przeżywaliście nowy teledysk Brodki o Warszawie.
Postanowiłem, że zamieszczę tu zdjęcie swojej stylóweczki. Co mi tam. Nie uważam tego za przełom, przecież na jednym outficie się skończy. Po prostu siedziałem sobie dzisiaj caaaały dzień (od 16) w domu i odrzucałem wszystkie propozycje pospędzania czasu z kimś. Odebrałem telefon od laski, która na przemian przepraszała, wyznawała mi miłość i wymieniała, co zrobiła z tym chłopakiem, że musi przepraszać. Sprytnie uniknąłem fali hejtu, która zmyłaby mnie ze słonecznej plaży błogostanu, zupełnie pozornego wobec nawału pracy, jaką powinienem wykonać. Ostatecznie wyszedłem z psem i już miałem się kłaść spać, kiedy zauważyłem że komputer nie jest wyłączony. Skoro bez sensu pochłaniał prąd podczas mojego trzydniowego pobytu na Suwalszczyźnie, kilka minut więcej świata nie zbawi. Jako że przeprowadziłem już ze sobą wywiad w DDTVN jako ze sławnym blogerem (inspiracja), mogę też podziałać w kwestii samego bloga. Zwłaszcza, że czytuję ostatnio The wearability absolwentki mojej szkoły i wydaje mi się, że nie byłbym dużo gorszy, chociaż naturalnie na pierwsze zaproszenie do pierwszego rzędu jakiegokolwiek pokazu wciąż czekam - przeglądając Style.com. No to postanowiłem: zdjęcie stylóweczki. Wiem nawet jakiej, w jakiej scenerii i kiedy. Dzisiaj rano. A jest noc. Kurczę, co teraz. Nie będzie zdjęcia. Będzie opis. Tada!
Za chwilę.
Prowadzenie bloga utrudnia mi pewien nieskomplikowany proces, z którym mam przyjemność się zmagać od kołyski. Polega on na niechęci, która budzi się we mnie wobec wszystkiego, co tworzę, średnio dwa tygodnie od momentu ukończenia tworu. W ramach terapii, wcześniejszych postów na wszelki wypadek nie czytam, żeby ich nie pousuwać.
A oto i opis stylóweczki z całą otoczką:
Byłem nad jeziorem Wigry. Pojechałem tylko na trzy dni, więc zupełnie wystarczyła mi piękna retro walizka, z którą moja mama podróżowała jako studentka. Poza praktycznymi (hehe super) ubrankami do kajaków i na rower, upchnąłem w kącik również stylizację na imprezą, na którą miałem iść prosto z autokaru. Wycieczka skończyła się wcześniej, niż przewidywano, dlatego w warszawie mogłem jeszcze zahaczyć o dom i zaopatrzyć się w prezent na dzień dziecka. Mogłem się przebrać, ale wierny wcześniejszej wizji pozostałem przy tym, co spakowałem. Wszystko na siebie pozakładałem, podmalowałem pysk i poszedłem.
Następnego dnia około 16 to był ten moment, w którym powinienem był kazać się sfotografować. Opuściwszy Sarę poszedłem z Renią i Amidalą na Dni Ursynowa, gdzie informatycy grający metal, pusta widownia i chleb ze smalcem na bungee utrwaliły się w mojej wyobraźni jako tło do zdjęcia, które nie powstało. Prezentowałem się następująco (dopiero teraz zaczyna się opis): byłem skacowany, zgarbiony i zmarznięty. Nie miałem torby ze wszystkimi dokumentami i kluczami, bo zostawiłem w lokalu, który zarzygałem, nie miałem czapki, bo zostawiłem ją w rękawie kurtki, którą zostawiłem u Sary. Miałem za to najwęższe ze wszystkich rurek, czarne, które podkreślały to, nad czym Renia ubolewała: mój jedyny atut - chude nogi. Miałem za małe, zimowe buty po kuzynie, które wybrałem, bo mają futerko, a rano odkryłem że jak nie przewlekam sznurowadeł przez szlufki, to te sympatycznie podzwaniają przy każdym kroku. Miałem wielokolorowy sweter, który poleciła mi Daria podczas wspólnych zakupów w Kantonii, uszyty w taki pocieszny, oryginalny sposób, którego nie umiem opisać. Miałem dżinsową kamizelkę przerobioną z kurtki z lumpeksu na Puławskiej. Miałem też trololo maskę w formie brokatowego motylka na czole, która zasłaniała naganną grzywkę i ściągała na mnie powszechną uwagę w tym dniu, w którym raz w roku dresy wychodzą z domów za dnia. Karolina zrobiła ją przy użycia lakieru Yves Saint Laurent, a jakże. Do zdjęcia wygiąłbym górną wargę i wciągnął policzki, podkurczył ramiona i ustawił nogi w pigeon pose. I gotowe wstawiłbym tutaj.
Mój tumblr: Japok
Za chwilę.
Prowadzenie bloga utrudnia mi pewien nieskomplikowany proces, z którym mam przyjemność się zmagać od kołyski. Polega on na niechęci, która budzi się we mnie wobec wszystkiego, co tworzę, średnio dwa tygodnie od momentu ukończenia tworu. W ramach terapii, wcześniejszych postów na wszelki wypadek nie czytam, żeby ich nie pousuwać.
A oto i opis stylóweczki z całą otoczką:
Byłem nad jeziorem Wigry. Pojechałem tylko na trzy dni, więc zupełnie wystarczyła mi piękna retro walizka, z którą moja mama podróżowała jako studentka. Poza praktycznymi (hehe super) ubrankami do kajaków i na rower, upchnąłem w kącik również stylizację na imprezą, na którą miałem iść prosto z autokaru. Wycieczka skończyła się wcześniej, niż przewidywano, dlatego w warszawie mogłem jeszcze zahaczyć o dom i zaopatrzyć się w prezent na dzień dziecka. Mogłem się przebrać, ale wierny wcześniejszej wizji pozostałem przy tym, co spakowałem. Wszystko na siebie pozakładałem, podmalowałem pysk i poszedłem.
Następnego dnia około 16 to był ten moment, w którym powinienem był kazać się sfotografować. Opuściwszy Sarę poszedłem z Renią i Amidalą na Dni Ursynowa, gdzie informatycy grający metal, pusta widownia i chleb ze smalcem na bungee utrwaliły się w mojej wyobraźni jako tło do zdjęcia, które nie powstało. Prezentowałem się następująco (dopiero teraz zaczyna się opis): byłem skacowany, zgarbiony i zmarznięty. Nie miałem torby ze wszystkimi dokumentami i kluczami, bo zostawiłem w lokalu, który zarzygałem, nie miałem czapki, bo zostawiłem ją w rękawie kurtki, którą zostawiłem u Sary. Miałem za to najwęższe ze wszystkich rurek, czarne, które podkreślały to, nad czym Renia ubolewała: mój jedyny atut - chude nogi. Miałem za małe, zimowe buty po kuzynie, które wybrałem, bo mają futerko, a rano odkryłem że jak nie przewlekam sznurowadeł przez szlufki, to te sympatycznie podzwaniają przy każdym kroku. Miałem wielokolorowy sweter, który poleciła mi Daria podczas wspólnych zakupów w Kantonii, uszyty w taki pocieszny, oryginalny sposób, którego nie umiem opisać. Miałem dżinsową kamizelkę przerobioną z kurtki z lumpeksu na Puławskiej. Miałem też trololo maskę w formie brokatowego motylka na czole, która zasłaniała naganną grzywkę i ściągała na mnie powszechną uwagę w tym dniu, w którym raz w roku dresy wychodzą z domów za dnia. Karolina zrobiła ją przy użycia lakieru Yves Saint Laurent, a jakże. Do zdjęcia wygiąłbym górną wargę i wciągnął policzki, podkurczył ramiona i ustawił nogi w pigeon pose. I gotowe wstawiłbym tutaj.
Mój tumblr: Japok
Subskrybuj:
Posty (Atom)