sobota, 2 czerwca 2012

Postanowiłem, że zamieszczę tu zdjęcie swojej stylóweczki. Co mi tam. Nie uważam tego za przełom, przecież na jednym outficie się skończy. Po prostu siedziałem sobie dzisiaj caaaały dzień (od 16) w domu i odrzucałem wszystkie propozycje pospędzania czasu z kimś. Odebrałem telefon od laski, która na przemian przepraszała, wyznawała mi miłość i wymieniała, co zrobiła z tym chłopakiem, że musi przepraszać. Sprytnie uniknąłem fali hejtu, która zmyłaby mnie ze słonecznej plaży błogostanu, zupełnie pozornego wobec nawału pracy, jaką powinienem wykonać. Ostatecznie wyszedłem z psem i już miałem się kłaść spać, kiedy zauważyłem że komputer nie jest wyłączony. Skoro bez sensu pochłaniał prąd podczas mojego trzydniowego pobytu na Suwalszczyźnie, kilka minut więcej świata nie zbawi. Jako że przeprowadziłem już ze sobą wywiad w DDTVN jako ze sławnym blogerem (inspiracja), mogę też podziałać w kwestii samego bloga. Zwłaszcza, że czytuję ostatnio The wearability absolwentki mojej szkoły i wydaje mi się, że nie byłbym dużo gorszy, chociaż naturalnie na pierwsze zaproszenie do pierwszego rzędu jakiegokolwiek pokazu wciąż czekam - przeglądając Style.com. No to postanowiłem: zdjęcie stylóweczki. Wiem nawet jakiej, w jakiej scenerii i kiedy. Dzisiaj rano. A jest noc. Kurczę, co teraz. Nie będzie zdjęcia. Będzie opis. Tada!
Za chwilę.
Prowadzenie bloga utrudnia mi pewien nieskomplikowany proces, z którym mam przyjemność się zmagać od kołyski. Polega on na niechęci, która budzi się we mnie wobec wszystkiego, co tworzę, średnio dwa tygodnie od momentu ukończenia tworu. W ramach terapii, wcześniejszych postów na wszelki wypadek nie czytam, żeby ich nie pousuwać.
A oto i opis stylóweczki z całą otoczką:
Byłem nad jeziorem Wigry. Pojechałem tylko na trzy dni, więc zupełnie wystarczyła mi piękna retro walizka, z którą moja mama podróżowała jako studentka. Poza praktycznymi (hehe super) ubrankami do kajaków i na rower, upchnąłem w kącik również stylizację na imprezą, na którą miałem iść prosto z autokaru. Wycieczka skończyła się wcześniej, niż przewidywano, dlatego w warszawie mogłem jeszcze zahaczyć o dom i zaopatrzyć się w prezent na dzień dziecka. Mogłem się przebrać, ale wierny wcześniejszej wizji pozostałem przy tym, co spakowałem. Wszystko na siebie pozakładałem, podmalowałem pysk i poszedłem.
Następnego dnia około 16 to był ten moment, w którym powinienem był kazać się sfotografować. Opuściwszy Sarę poszedłem z Renią i Amidalą na Dni Ursynowa, gdzie informatycy grający metal, pusta widownia i chleb ze smalcem na bungee utrwaliły się w mojej wyobraźni jako tło do zdjęcia, które nie powstało. Prezentowałem się następująco (dopiero teraz zaczyna się opis): byłem skacowany, zgarbiony i zmarznięty. Nie miałem torby ze wszystkimi dokumentami i kluczami, bo zostawiłem w lokalu, który zarzygałem, nie miałem czapki, bo zostawiłem ją w rękawie kurtki, którą zostawiłem u Sary. Miałem za to najwęższe ze wszystkich rurek, czarne, które podkreślały to, nad czym Renia ubolewała: mój jedyny atut - chude nogi. Miałem za małe, zimowe buty po kuzynie, które wybrałem, bo mają futerko, a rano odkryłem że jak nie przewlekam sznurowadeł przez szlufki, to te sympatycznie podzwaniają przy każdym kroku. Miałem wielokolorowy sweter, który poleciła mi Daria podczas wspólnych zakupów w Kantonii, uszyty w taki pocieszny, oryginalny sposób, którego nie umiem opisać. Miałem dżinsową kamizelkę przerobioną z kurtki z lumpeksu na Puławskiej. Miałem też trololo maskę w formie brokatowego motylka na czole, która zasłaniała naganną grzywkę i ściągała na mnie powszechną uwagę w tym dniu, w którym raz w roku dresy wychodzą z domów za dnia. Karolina zrobiła ją przy użycia lakieru Yves Saint Laurent, a jakże. Do zdjęcia wygiąłbym górną wargę i wciągnął policzki, podkurczył ramiona i ustawił nogi w pigeon pose. I gotowe wstawiłbym tutaj.
Mój tumblr: Japok

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz