poniedziałek, 11 lipca 2011

Tydzień temu przypomniałem sobie że mam bloga i ułożyłem w głowie najpiękniejszy post świata. Po czym wyjechałem do Konina, a co. Poniżej prezentuję, co z owego posta w mojej główce pozostało. Owe nędzne resztki zaczynają się kaloszami. Kiedy zacząłem zdawać sobie sprawę, że moda nie kończy się na jednych dżinsach i dwóch koszulkach, fashionistki całego świata przeżywały ekscytację kaloszami. Nie do końca wprawnie, przeglądałem stronę Burberry, bo tylko taką znaną markę miałem w głowie i zastanawiałem się, która kratka wygląda najlepiej nadrukowana na obuwie na deszcz. Teraz, kiedy po kilku latach wspomniane fashionistki mniej lub bardziej czerwienią się, kiedy w londyńskie dni wyciągają z dna szafy m. in. Huntery, ja postanowiłem sięgnąć do własnego garażu. Nie mogłem podjąć decyzji, czy lepsze będą kalosze mamy, taty, moje, czy któraś z tych 5 bezpańskich par. Wszystkie takie szykowne. Wybrałem te najwyższe w nadziei, że ktoś je weźmie za oficerki. Opuściwszy dom zdałem sobie sprawę, że poszedłem na miasto w wędkarskich kalochach. Było świetnie dopóki chodziłem po lumpeksach, ale potem przypomniałem sobie o bardzo ważnej, niecierpiącej zwłoki sprawie do załatwienia na Chmielnej. Lubię ten zbieg okoliczności, kiedy jestem w centrum w obuwiu dobrym na ryby, ale stoję sobie akurat za kwietnikiem bądź ławką, kiedy widzę ładnych ludzi.
Tak bardzo bardzo żałuję, że już za późno, żebym został Plotkarą swojej szkoły. Znalazłem na tumblrze zdjęcie chłopaka który wygląda zupełnie jak pewien Jędrzej. Jest na tym zdjęciu z dziewczyną zupełnie inną niż ta, z którą jest teraz w związku. Byłaby afera afera. Ale nie ma.
W naszym zoo Aniela została zastąpiona hipopotamem urodzonym jakoś kiedyś we Wrocławiu. Hugo już ją zdążył wyrypać więc filtry będą miały jeszcze więcej kup, żeby sobie nie domagać.
Ze zjawisk, które jeszcze uwielbiam: przez tydzień w Koninie zbieram sobie tematy, które poruszę na swoim niezauważalnym blogu, żeby potem wszystkie pozapominać.

wtorek, 26 kwietnia 2011

Znalazłem bloga o modzie dziewczęcia, które nie sprawia wrażenia świadomie noszącego odzież na grzbiecie. Tavi powiedziała, że ktoś podszedł do niej w szkole i powiedział, że w życiu by nie pomyślał, że Tavi ma w domu lustro. Czy coś takiego. Być może w przypadku autorki bloga, który właśnie obiega moją szkołę, również mamy do czynienia z geniuszem i nadzieją mody.
Bo jakie to kreatywne: kto by pomyślał, że na zwykłą, brzydką bluzkę można brzydko (zabieg celowy, wręcz artystyczny) naszyć brzydkie serca? Autorka widocznie lubi prowokować, bo zapytuje: założyłybyście coś takiego? Wszyscy trzej komentujący mają coś do powiedzenia ale tylko jeden nie unika odpowiedzi.
Nie założyłby. Cykor.
Ja też przerabiam ubrania. A potem muszę wyrzucić.
W zoo trochę słabo, bo w niewielkich odstępach czasu padła wspomniana już Aniela, oba najstarsze na świecie lamparty cejlońskie, ojciec Zoi - tygrys Andy i matka m.in. Zulusa i Amora - lwica Rosa. Oraz stary piżmowół. I jak chyba też. Nadal mamy dwa młode piżmowoły z Kopenhagi i jaka ze świerzbem. A propos świerzbu, nie widziałem ostatnio samca alfa w stadzie pawianów płaszczowych.
Nie wstawię zdjęcia tygrysa, bo co jak pomylę Andy'ego z Ratu?
Chciałem pokazać ładne zdjęcie pawiana z okresu jego świetności, ale straciłem cierpliwość
szukając.
Z dobrych rzeczy to jest już na tyle ciepło, że mogę sobie oglądać skrzydłoszposie na powietrzu. Nie pokażę jednak zdjęcia, bo raz, że nie mogę się zdecydować, na którym wygląda najlepiej, a dwa, że najpierw się muszę nauczyć, jak wstawiać takie duuuże zdjęcia.

sobota, 9 kwietnia 2011

Nie mogę się zabrać do robienia zdjęć, a bez nich trochę głupio pisać o ubraniach, które by na tych zdjęciach były, gdybym je zrobił.
Dlatego napiszę o szamponie.
Skończył mi się mój kiwi, więc poszedłem do Warusa nabyć nowy. Szukałem etykietki: włosy grube i sztywne w dotyku, bo taki efekt chciałbym uzyskać. Być może dlatego, że szukałem szamponu w spożywczym, nie znalazłem tego, po co poszedłem. Ale żeby nie wracać z pustymi rękami, kupiłem buteleczkę z nalepką: miękkie i cośtam cośtam. Więc bez sensu. A jeszcze musiałem się wracać od kasy bo prawie kupiłem szampon przeciwłupieżowy, co przy moim braku łupieżu byłoby nielogiczne.
Kto z was (hehe, z was, jakże licznych) urządził kiedyś imprezę? A kto w sobotę? Ludzie. W sobotę?! Piątek! Piątek to dzień na imprezę.
Jakby ktoś chciał mi kupić bluzę P&B by Alice, to niech się nie krępuje.
O, albo to.

niedziela, 3 kwietnia 2011

Czy to nie głupio że piszę po polsku?
Jak nikt tu nie wchodzi to się zniechęcam.
Tak czy srak,
byłem wczoraj w zoo i z nowości widziałem tragopana Temmincka. Dawno, dawno temu już takie mieliśmy lub mieliśmy je cały czas ale na zapleczu. Czy dawno, czy na zapleczu, zależy od tego, czy informację o nich znalazłem w kosztującej 20zł kronice, czy w spisie gatunków widniejącym w zestawieniu podmiotów, do którego dotarłem kilka lat temu.
Macie pytania, wątpliwości, chcecie jakieś zdjęcia - służę. Jestem naiwny, nikt mnie o nic nie poprosi przecież. Naiwny i pesymistycznie nastawiony.
Z piwnicy u babci do swojej nowej szafy przyniosłem dzisiaj dwie rzeczy, do których będę się przekonywał po raz drugi. Pierwsza to skórzana kurtka. Rok temu wydawała mi się za mała i sponiewierana, w tym podwinąłem rękawy, wywinąłem okropny kołnierz do środka i da się nosić, chociaż nie mogę ruszać rękami. Hehs. Przyniosłem też buty, żeby zrobić przyjemność tacie, który dawno temu przenosząc się do nowej szkoły został nazwany marica (pedał, to u nas rodzinne), bo nosił skarpetki z czerwonym słoneczkiem oraz buty na wysokim obcasie. Jak niemieccy narkomani z tamtych lat (źródło: Dzieci z Dworca Zoo). Ta para wysokocholewkowego obuwia to uwaga kowbojki z pomarańczowej skóry, a obcas ma zaledwie 5cm. Nie, nie założę ich, chyba że doczekam się przed końcem nadchodzącego tygodnia chociaż jednego obserwatora (wiec nie mam się co obawiać).
Przy kurtce kiedy wykopałem ją po raz pierwszy był breloczek ze złotych łańcuszków i seledynowych wstążeczek i kamyczków, bo nosił ją przede mną nasz rodzinny metal. Kurczę, nie wiem gdzie to cudo teraz jest.
Przyczepiłbym do przegrody nosowej.

środa, 30 marca 2011


Założyłem bloga więc adrenalina, te sprawy, piszę dwa posty pod rząd.
Jeśli jeszcze kiedykolwiek tu wejdę to albo z osobistymi wynurzeniami odnośnie moich relacji z Anielą, albo żeby napisać coś o ciuchach.
Nie zdaje z matematyki - logiczne, że zakładam bloga.
Tak na marginesie, słowa blog się nie odmienia, przynajmniej według starej szkoły. Teraz możemy odmieniać już wszystko. Nie?
Jeśli zrządzeniem losu, ślepym trafem, szczęśliwym trafem, przez pomyłkę, niechcący, świadomie, ostrożnie lub po pijaku, ktoś tu wejdzie i doczyta do tego miejsca, to może napisze komentarz, czy woli kolejny denny blog o modzie, czy
wręcz odkrywczy blog o warszawskim zoo? Ja optuję za pomieszaniem jednego i drugiego.
Sraty taty.
Nie moje. Z jakiegoś tumblr. Moja aktualna tapeta. Chociaż ta pani jest zupełnie nieładna i ma brzydką grzywkę.

Młotek


To niewiarygodne, jak niewiele mam do napisania, jeśli nie chcę pisać o sobie.
Czemu więc zakładam bloga?
Bo chcę! Próbowałem już 3 razy. Tym razem mam wsparcie koleżanki, którą omówię jako pierwszą. Ależ oczywiście, że nikt nie będzie tego czytał.
Mogę opisać swoje buty, swój sweter, swój szalik, swoje koleżanki, a w każdym poście marudzić, że właściwie, to się na tym nie znam. I że największą motywacją jest to, że blogują z powodzeniem ludzie mniej elokwentni ode mnie, których zdjęć bym nigdy nie zamieścił, bo planuję być dyplomatyczny. I znacznie mniej złośliwy niż w życiu. Czyli trochę nuda, trochę miło.
30 marca 2011 roku, rankiem, odeszła Aniela, hipopotam nilowy, rocznik 62.
Tego samego dnia, wieczorem, wystartował mój blog.
I pewnie nic więcej.
Przeszukałem 2466 zdjęć w folderze ze zdjęciami z naszego zoo, żeby znaleźć to.
Bo serio, smutno mi.