środa, 19 września 2012

Założyłem sztruksową koszulę. Sztruks kojarzy mi się z samymi pięknymi rzeczami. Tym, że się wyciera i w lumpeksach sprzedają mnóstwo dziurawych spodni. Z tym, że w podstawówce miałem sztruksy i taki megalamus, z którym nigdy nie chciałem być porównywany, zakrzyknął 'Jak ja lubię sztruksy!'. Z tym, że nauczyciel, z którego współpracy ze mną wynikła dla mnie poprawka z matematyki, nosił sztruksową marynarkę, kiedy ja bezskutecznie pociłem się nad zadaniem. A jednak założyłem wspomnianą koszulę, w dodatku po raz drugi. Nie jest moja, jest mamy, jak dwie torby, które noszę i martwy lis z Moskwy, który linieje. Za pierwszym razem 5 osób powiedziało mi, że ładnie wyglądam, a jedna że pięknie. To dlatego, że wcześniej zrobiłem sobie w lustrze dwa zdjęcia: z koszulą wyłożoną i w spodniach. Powysyłałem je dla porównania różnym koleżankom i zapadła decyzja o włożeniu w spodnie. Od tamtej pory Daria widzi mnie zawsze kowbojem. Po udanym debiucie, po roku przyszła pora na powtórkę. I już nikt mi nie powiedział, że wyglądam ładnie. Trzykrotnie spodobał się mój pasek z klamrą jak rama obrazu. Raz usłyszałem 'ale fatalna koszula'. Dlatego teraz już tylko czekam na okazję, żeby przebrać się za kowboja i po imprezie oddać koszulę mamie.
Aktualizacja! Już wiem o co chodzi. to wszystko dlatego, że miałem pod spodem obrzydliwy biały tank top.

środa, 18 lipca 2012

Męski i seksowny pan policjant czy ktośtam obudził mnie, bo zajechałem za daleko. Zrobiłem siku możliwie blisko przystanku i poczułem się dumny, że jestem Polakiem i mam w sobie na tyle dużo żółci, że pokazałem środkowy palec wszystkim jadącym dalej, a byłem w swoim ładnym swetrze w borsuki, jeże i zające. Pisanie tego jest równie trudne jak zagranie 'wlazł kotek na płotek', którego podejmowałem się chwilę wcześniej wielokrotnie. Prawie zemdlałem, ale nie wsiadłem do autobusu, bo nie zdążyłem dopalić swojego papierosa. Ta kobieta to jednak nie była sąsiadka, która mogłaby donieść moim rodzicom, że palę. Pomachałem kierowcy i karetce, a podróż do domu była tym trudniejsza, że patrzyłem w ziemię, bo słońce świeciło mi w twarz i musiałem wymijać uczciwych obywateli zmierzających do pracy. Spróbowałem zgasić papierosa stopą, ale nie wyszło, bo nie trafiłem. Wpisanie kodu nastręczyło mi wiele trudności, ale zakończyło się  sukcesem. Gra mi w głowie Jennifer Lopez. Specjalnie nie skakałem na trampolinie, żeby być w  stanie pojechać do Włoch. No dobra, skakałem, aż zrobiłem się mokry jak zaraz wymyślę co. Teraz pójdę spać, ale wcale nie uda mi się zasnąć. Problem jest taki, że muszę przełykać cofającą się treść żołądka, ale nie pierwszy raz, więc powinienem dać radę. Wybrałem jeden z trzech kubków stojących pośród formacji tworzących całokształt mojego biurka, a tatę bardzo bawi, że kładę się, kiedy oni wstają. Mnie bawi, że muszę przechodzić ponad moim psem jakby to był wyrzucony na plażę wieloryb.W radiu powiedzieli, że ceny mieszkań rosną.

zrobię jakiś ranking

  1. standardowo Mary-Kate i Ashley Olsen
  2. Ulyana Sergeenko
  3. Daphne Guinness
  4. Victoria Beckham.
I jest :)

niedziela, 8 lipca 2012

Wróciłem nocnym do domu. Nocne są fajne. Zawsze jest ktoś kto śmierdzi, ktoś kto się drze i ktoś kto śpi. Jechałem w kapeluszu z Malty, skarpetkach z Amsterdamu, koszulce z fajnym dzieckiem z Konina i spodenkach po babci, kto wie skąd. Jechałem przez Warszawę. Jest jak niemowlę. Niemowlęta są podobno rozkoszne. Warszawa też, przeurocza, kochana. Wszystko w niej jest. Jest klub, restauracja, kino. Jest jeden Chińczyk, Japończyk, Wietnamczyk, Mongoł, Koreańczyk, Murzyn, Hindus. Jest wszystko i wszystko jest namiastką tego, co wydaje się, że będzie, tyle że bardziej spektakularne. Bo umówmy się, że doczekamy się China Town, dzielnic murzyńskiej i arabskiej. Będę opowiadał wnukom o tym raczkującym rozwoju Warszawy (lol jakim wnukom). Piękne jest to, że wszyscy pieniacze w końcu wymrą od zżerających ich toksyn, a procesy globalizacji i innych kosmopolityzacji są nieuchronne i w końcu nadejdzie dzień, kiedy nowa generacja Chmielnej będzie grała w Polaka. Wszystkie pijackie rozważania są wzniosłe. Dla przełamania tego tonu proponuję słowo: penis.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Mam jutro dwa sprawdziany z francuskiego. Nie jeden. Dwa. Muszę się pouczyć. Toteż wszedłem i piszę. To chyba i tak całkiem dobre rozwiązanie, skoro alternatywą było wyobrażanie sobie, jakbym zrealizował projekt komiksu, w którym puszka idzie supermarketem, widzi paczkę cukierków z napisem "candies" i z przestrachem rzuca koszyk i ucieka, bo w końcu przeczytała "can - dies". Lololo śmieszne jak ten pstrąg w galarecie, co go dzisiaj jadłem z kartoflem i blanszowanym szpinakiem w masełku ślimakowym. Cały dzień strawiłem na spotkaniach pozornie towarzyskich, które w gruncie rzeczy były motywowane intensywnie zarysowanym biznesem. Otóż dysponuję worem. Ja i rodzina opróżniamy dom na Sadybie (może ktoś chce kupić?) i przydatne okazują się worki na śmieci. Takie 150 litrowe czy jaki tam one mają rozmiar, nigdy nie poświęcałem temu uwagi. Mogę się pomylić w obliczeniach, ale na moje to 4 czy 5 pełnych poszło do PCK, drugie tyle na wieś, a 3 do mnie. A we wszystkich było to samo: ubrania, więc układ idealny, mam zajęcie jakie uwielbiam, mianowicie mam za zadanie rozdystrybuować te ciuchy, które sam uprzednio poddałem selekcji. W tym pięknym dniu, kiedy niebo było szare, a ludzie smutni, co nie jest niczym nowym, zgłosiły się do mnie aż cztery osoby. W końcu sam je zaprosiłem do wydarzenia na facebooku "Have you ever been fisted?", który to tytuł tylko mnie bawi. Jutro czeka mnie kolejna wizyta, a potem następne, tymczasem ja skrupulatnie zapisuję sobie, co oddaję. Jest to praca bardzo przyjemna, porównywalna do spisywania moich ubrań, o którym gdzieś tutaj wspominałem, ale zaprezentowanie jej efektów, choć nieuchronne, nie będzie miało miejsca dzisiaj, bo jednak w zarywaniu nocy nie jestem dobry, a pod koniec semestru trzeba cisnąć. Inni z mojego rocznika mają SZKOŁĘ za sobą, mnie czeka jeszcze rok. I fajnie. Przeraża mnie myślenie o wszystkim, co ostatnie. Ostatni sprawdzian z chemii kojarzy mi się ze starością i rychłą śmiercią, nie beztroską, chociaż jeśli kiedykolwiek byłem z chemii orłem, to tylko pikującym w dół, ewentualnie aparycyjnie. Bardzo ładnie się ubierałem na zaliczanie roku. Oczywiście, że to wszystko nie jest warte opisywania, po prostu książki wcale mnie nie kuszą. A tyle pięknych ubrań mam do opisania, może nawet je sfotografuję.
Nieee.
O co chodzi?

sobota, 2 czerwca 2012

Skoro i tak nie ma mowy o spaniu,  a ja się tak rozkręciłem łohoho, wyleję tu swoją frustrację.W końcu od tego są blogi. Mam pytanie: dlaczego ludzie są tacy szpetni? Byłem w Amsterdamie i tam nie są ani trochę szpetni. Tam utożsamiają kulturę osobistą ze schludnym wyglądem. Poświęcają kilka chwil z rana temu, w co się ubierają. Kiedy poświęcają więcej czasu, niż kilka chwil, wyglądają bosko. W Polsce, to może przez ten klimat i długie noce, ludzie otwierają oczy po raz pierwszy, kiedy od dawna znajdują się na ulicy między współmęczennikami. Widzą kogoś, kto wysilił się, żeby wyglądać dobrze i myślą sobie: o, pawie piórka, myśli że co, Jacyków he he. Tak sobie myślą. Dlatego poprzeczka się obniża, połączenie szarego z beżem uchodzi za zestaw kolorowy, marynarka jest zarezerwowana na wielkie wyjścia. A ja się na to nie zgadzam. Uważam, że robię dobry uczynek wyglądając dobrze. Dzięki mnie ten fragment szarej (kochanej) Warszawy, w którym akurat sobie oddycham, jest ładniejszy, bo ja jestem ładny. Polecam, świetna rozrywka takie wyglądanie. W Amsterdamie to wiedzą.
Pomyślałem, że jak robię dobry uczynek a potem sobie narzekam, wychodzi na zero. Dlatego teraz dla odmiany, powiem coś pozytywnego. Było mi dzisiaj smutno i kiedy przejrzałem wszystkie strony z ubraniami, na które mnie nie stać, udałem się na poszukiwanie nowych kompleksów, dla których zawsze znajdzie się miejsce w moim gościnnym, cieplutkim rozumku. Więc lookbook. Oglądam sobie, scroll scroll, płaczę, aż patrzę: zakładka top, a tam kategoria TOP WSZECHCZASÓW. I dlaczego nikt mi nie powiedział, że Polka jest tam druga? Juliette Kuczyńska proszę bardzo. 6653 hajpy. Jedenasta jest stylizacja warszawskiej blogerki/projektantki Natalie G. 26 - Kasia Gorol, a potem mnóstwo Juliette, znowu Kasia i tak dalej. Zielasko nie znalazłem, ale ona jest z Krakowa heee. To wszystko chyba całkiem dobry wynik? Przy okazji pokusiłem się o refleksję, że nawet nie chciałbym znaleźć się w tym gronie, za duża presja. Na szczęście nigdy mi to nie groziło.
Ale jeszcze wracając do poprzedniego, nie rozumiem tej ignorancji. Ludzie mają gęby pełne frazesów, kokietują, że są tacy beznadziejni, jednocześnie belka w oku źdźbło te sprawy, w serduszku mają się za wzór cnót i sukcesu, więc skąd pomysł, że moda i dbanie o siebie już ich nie dotyczy? Przecież ignorancja w tym kierunku to ewidentny dowód braku ogłady, twoje cielsko i to, w co je przyobleczesz to twoja wizytówka. Tak jak morda, ale z nią to czasami nie pogadasz. I teraz pojawia się kwestia: gdyby to chociaż było trudne. Nie jest! Nie w momencie, kiedy nawet ktoś niezainteresowany, kiedy je sobie na śniadanie coś tuczącego i ogląda jednym okiem telewizję, jest skazany na Mercedes rozprawiającą o swojej działalności. Przecież w każdym Cosmopolitanie (jakie to straszne, w jakim stopniu kobieta, chociaż jest adresatem tego pisma, jest w nim uprzedmiotowiona. nie będzie równouprawnienia w sferze obyczajowej, dopóki istnieje Cosmo. nawet Anja Rubik powiedziała "przestań czytać Cosmo. Twoim zadaniem jest zadowolić siebie".) są praktyczne rady, wiedza w pigułce, jak się ubrać. Wystarczy bezmyślnie przestrzegać tych zaleceń. No dobra, niektóre są słabe, ale są też inne źródła. To nie pieniądze są tu potrzebne, tylko świadomość, że na ciebie też patrzą kiedy człapiesz wzdłuż pasażu. Moja rada, to wybrać sobie jakiś styl. To słaba rada, bo styl się zmienia i te sprawy, poza tym skoro nie wychodzi ci wyglądanie dobrze, najprawdopodobniej nie masz stylu. Ponadto, styl narzucony na siłę to coś najgorszego na świecie, nie wyglądasz autentycznie - nie wyglądasz dobrze. Ale adresuję swoje złote myśli do jakiejś laski, która po prostu się boi, że nie podoła takiemu wyzwaniu jak "nie zakładam tego, co jest na szczycie kupki ubrań, które dała mi mama, bo dostała od koleżanki, której córka już z nich wyrosła, tylko poddaję refleksji to, co zakładam". Proponuję coś banalnego, czyli styl rockowy. Ostra laska. Żerowanie na tym nurcie jest w stanie zaspokoić całe tysiące blogerek i fashionistek. One zapewne idą krok dalej, bo włączają kreatywność, moja przykładowa, zagubiona laska nie musi. Potrzebuje tylko dużo czarnych rzeczy. Rurki, ledżiny, mokre ledżiny, szorty, tyle w kwestii dołu. T-shirt że niby mam chłopaka i pożyczam jego ubrania, skórzana kórtka, tank top, wyćwiekowana marynarka, tyle w kwestii góry. Makijaż i włosy obojętnie, dużo biżuterii, biker boots na każdą pogodę. KONIEC. Wspomniana kreatywność to na przykład kapelusz. Coś w panterkę. Zostały ci pieniądze z komunii - kup sobie Campbelle. Zresztą rany, o co chodzi. Przecież nie wierzę, że trzeba się wysilić, żeby dobrze wyglądać. Wystarczy pójść do TopshopuH&MuZary, albo nawet nie iść, tylko kliknąć w te linki. A tam nie, nie kupować, tylko patrzeć i zapamiętywać. I z tym iść na lumpeksy. Polecam Puławską albo maraton po Kabatach, od Szmizjerki po odzież angielską, potem lumpeks przy 24h na Natolinie, Kantonia na Imielinie, lumpeks przy kościele na Stokłosach. Co to za wyzwanie kupić koronkową, rozkloszowaną sukienkę w pastelowych kolorach. Ale ją akurat kup. Co to za wyzwanie wyszperać duży sweter albo koszulę flanelową ojca i nosić ją zawiązaną w supeł w okolicy pępka, z podwiniętymi rękawami. Jaki jest tego koszt. Żaaaadeeeeen, żaaaadneeee. Dlatego, gwoli podsumowania, nie rozumiem. Proszę. Dlaczego ludzie są tacy szpetni?
W radiu Nosowska, jak spadałem z roweru wy pewnie przeżywaliście nowy teledysk Brodki o Warszawie.